WEDEL (1)
– Nie wiesz, co to jest życie! I co dla zwykłych ludzi jest ważne – powiedział Michał do Spytka.
Siedzieli w domku w Zakopanem, gdzie całą czwórką przyjechali na ferie. Kawalarka, czyli kabaret Ewy, Spytka i jego dziewczyny Ani, miał mieć dwa występy w miejscowych knajpach. Jeden tu, w zimowej stolicy Polski, czyli w Zakopanem, a drugi w Białce Tatrzańskiej.
Michał pojechał z nimi, by nie rozstawać się z Ewą, a poza tym jako kabaret potrzebowali samochodu, by przewieźć zarówno stroje, jak i rekwizyty, a autem dysponował tylko on, bo jesienią zrobił prawo jazdy i dostał od mamy jej stare seicento. Wprawdzie podróż do Zakopanego tak małym samochodem w cztery osoby z bagażami okazała się wyjątkowo męcząca, ale… po wielu godzinach, z których połowa przypadła na stanie w korku na zakopiance, dojechali.
* * *
Wyprawa miała stanowić tak zwane połączenie przyjemnego z pożytecznym, bo oprócz występów kabaretu całą czwórką mieli po prostu pojeździć w ferie na nartach. Miejsce w Zakopanem załatwiła Ania. Były to pokoje gościnne u gaździny, u której zatrzymywała się wraz z rodzicami w dzieciństwie. I to Ania powiedziała, że najlepiej, by pewne produkty przywieźli ze sobą, bo w Zakopanem w sezonie zimowym jest drogo.
Zakupy mieli zrobić Michał z Ewą i po prostu zostawić je w samochodzie. Dlatego w piątkowe popołudnie oboje wylądowali w zatłoczonym hipermarkecie w centrum handlowym na Wileńskiej.
– Cześć, Michał! – usłyszał koło siebie znajomy głos.
Spojrzał w bok, ale wypowiadający te słowa nawet się nie zatrzymał. Poszedł dalej. Michał przez chwilę zastanawiał się, kto kryje się pod zawadiacko założoną czapką z daszkiem, ale postać zniknęła między regałami. I dopiero, gdy dobiegło go drugie „cześć, Michał”, ale nadciągające z zupełnie innej strony, skojarzył postaci. Pierwsze „cześć, Michał” wypowiedział zezowaty Edzio, a drugie szczerbata Julia, co poznał po tym, że mówiąc „cześć”, charakterystycznie zaświstała. Brak dolnych zębów powodował, że nie mówiła zbyt wyraźnie.
– Co to za ludzie? – spytała Ewa, przeglądając na regale puszki z konserwami i gotowymi daniami w słoikach. – Leczo i grochówa to dobry pomysł, prawda? – dodała, nie czekając na odpowiedź.
Ta zresztą nie nadchodziła, bo Michał nie bardzo wiedział, co odpowiedzieć. Na szczęście Ewa skupiła się na wybieraniu gotowych potraw z kolejnych regałów i więcej nie pytała. Określenie „koledzy z Wedla” nie bardzo mogło mu przejść przez gardło. Zwłaszcza od kiedy bardziej poznał fabryczne towarzystwo. Cóż… pierwsze spotkanie z nimi w pokoju socjalnym fabryki Wedla było dla Michała prawdziwym szokiem.
* * *
Pierwszą w ich gronie znajomych osobą, która na studiach podjęła dodatkową pracę, była Kinga. Apteka nie do końca spełniła jej oczekiwania, bo właściwie ciągle coś sprzątała, układała albo liczyła, ale z sobotnich przedpołudni była w sumie zadowolona. Praca w aptece jest na pewno ciekawsza od bycia nauczycielką, o czym przez chwilę myślała jeszcze w gimnazjum.
Czarny Michał, dzięki rencie po ojcu i oszczędnościom w banku, pracować nie musiał, ale… rozmyślał nad jakimś zajęciem, które i jemu przynosiłoby zastrzyk gotówki zapracowany, a nie darowany. Na razie jednak nie wymyślił nic poza robieniem zdjęć na ślubach, choć w tej dziedzinie miał sporą konkurencję.
Ewa dorabiała kabaretem, choć wcześniej nikt z ich trójki nie podejrzewał, że będzie można na tym zarobić. Jednak już we wrześniu okazało się, że jeden występ w miesiącu przynosił ich kabaretowej ekipie dochód będący równowartością kieszonkowego, a ponieważ czasem trafiały się nawet dwa występy, cała trójka mocno chwaliła sobie pomysł powołania do życia Kawalarki.
Bez pracy był Biały Michał i nie miał pomysłu, gdzie się zaczepić. Chciał w jakimś wydawnictwie publikującym komiksy, ale w trzech usłyszał, że zapraszają z licencjatem, a bez licencjatu może przyjść na bezpłatne praktyki, więc na razie dał sobie spokój. Nie o to mu chodziło. Chciał mieć swoje pieniądze, a nie tylko te, które dawali mu rodzice.
W pobliskiej fabryce Wedla zaczepił się przypadkiem. Jesienią z Ewą i Maćkiem poszli w czasie niedzielnego spaceru na Kamionek. Namówił ich Maciek. Chciał zobaczyć cmentarz Kamionkowski, o którym sporo wiedział, ale nigdy mu się nie przyjrzał. Cmentarz obejrzeli szybko, bo było to zaledwie kilkadziesiąt nagrobków. Ale ten dzień do najcieplejszych nie należał, więc… w końcu zmarznięci wylądowali w jednej z grochowskich rogatek. Tu mieściła się cukiernia Wedla. Pytanie o to, jak też może wyglądać praca w pobliskiej fabryce, zadał Maciek. Potem wywiązała się dysputa, czy to praca ciężka, czy nie. Kumple kłócili się zażarcie, bo mieli przeciwne zdania. Maciek twierdził, że ciężka, a Biały Michał, że lekka. Jak rozwiązać ten spór? Najpierw chcieli obaj zatrudnić się, by osobiście sprawę zbadać i ocenić, ale Ewa słusznie zauważyła, że i tak każdy pozostanie przy swoim zdaniu.
– Ja nie mogę, bo załatwiam sobie robotę w kinie w Iluzjonie – poinformował Maciek, przypominając przy tym, że studiuje kulturoznawstwo i szuka czegoś związanego z kierunkiem studiów. No i na koniec dorzucił: – Michał, ty powiedziałeś, że chcesz jakąkolwiek dodatkową pracę. Idź do Wedla, skoro twierdzisz, że to taka lekka robota…
– Spacerkiem przez park… – dodała Ewa zachęcająco.
– No ale jak to pogodzić ze studiami? – spytał nagle Michał, któremu trudno było się przyznać nawet przed sobą, że może przesadził co do lekkości tej pracy.
– Na pewno mają nocne zmiany, a poza tym prawdziwi herosi Marvela zawsze ciężko pracują – stwierdziła Ewa i poklepała go po ramieniu.
– Przecież tu jest lekka praca – zażartował Maciek i mrugnął znacząco.
– Niektórzy herosi Marvela są milionerami… – bąknął pod nosem Michał, ale Ewa chyba nie usłyszała, bo w tym momencie rzuciła:
– Może przyniesiesz trochę słodyczy? Ja najbardziej lubię wafle torcikowe.
* * *
Załatwienie pracy nie było tak trudne, jak się Michałowi zdawało. Ewa bez problemu znalazła mu przyjmującą studentów agencję pracy tymczasowej, która obsługiwała Wedla, zapewniając fabryce zastępstwa za pracowników etatowych, gdy ci nagle zachorowali. Dzięki temu produkcja mogła trwać nieprzerwanie.
Michał nie mógł się już wykręcić. Zwłaszcza gdy odebrał wyniki badania na nosicielstwo, z których wynikało, że jest zdrowy i może pracować przy słodyczach. Wedel, jak każda fabryka pracująca non-stop, działał w systemie trzyzmianowym. Robotnicy mieli więc zmiany albo od szóstej rano do czternastej, albo od czternastej do dwudziestej drugiej, albo nocami od dwudziestej drugiej do szóstej rano. Przeważnie chętnych potrzeba było właśnie na noce, a nocne godziny pracy zupełnie nie kolidowały z zajęciami na uczelni Michała.
Pierwszy raz do pracy poszedł w grudniu jeszcze przed świętami. Przekonany, że nocne układanie czekoladek lub cukierków to nic takiego, nawet się nie wyspał.
„Jakoś to będzie” – pomyślał, gdy przekraczał próg fabryki.
Już na wstępie otrzymał specjalne ubranie. Wiedział o nim, bo przecież wcześniej uczestniczył w specjalnym szkoleniu BHP, podczas którego usłyszał, że w fabryce trzeba przebywać w odzieży roboczej, na głowie mieć specjalne nakrycie, by włosy nie wpadały do jedzenia, nie wolno mieć na sobie biżuterii, a jeśli się ją ma, to zamykać w szafce. Niepotrzebny jest nawet zegarek, bo te i tak wiszą w każdej z fabrycznych hal produkcyjnych, by pracownicy nie tracili poczucia czasu.
Usłyszał też wtedy, że do pracy trzeba przychodzić trzeźwym. Bardzo go to ubawiło. Zwłaszcza że szkolącym był jakiś młody Wietnamczyk, który kulawym polskim tłumaczył, jakie są skutki spożywania w pracy alkoholu. Opowiedział przy tym kilka anegdot, z których Michał zapamiętał jedną, bo szkoleniowiec zilustrował ją, korzystając z tablicy magnetycznej z kolorowymi flamastrami. Historia dotyczyła młodego człowieka, który pił alkohol w zakładzie pracy na drugim piętrze i chciał z tym alkoholem schować się przed nadchodzącym szefem. Na tablicy młody szkoleniowiec narysował więc plan korytarza, a potem widok budynku z oknem. Michałowi wydało się to bardzo zabawne, nawet… komiksowe. Po chwili szkoleniowiec grobowym głosem powiedział:
– Gdy sief zaciął się zbliziać do placiownika, to on baldziej psitulił się do siba i… – W tym momencie szkoleniowiec zawiesił głos, starając się nadać swojej opowieści jeszcze bardziej tragiczny ton, a potem narysowawszy grubą strzałkę wiodącą od namalowanego okna na drugim piętrze budynku do ziemi, zakończył tragicznym głosem: – Śpadł ź dlugiego piętla na ziemia i się połamać. A siba i alkohol źbić. I nie mógł juź pić. W śpitalu musiał lezieć!
Michał ryknął śmiechem, aż wszyscy pozostali uczestnicy szkolenia z zasad bezpieczeństwa i higieny pracy spojrzeli na niego z dezaprobatą.
Teraz jednak nie było mu do śmiechu. Z minuty na minutę, z godziny na godzinę przekonywał się, że robota w fabryce to nie bułka z masłem ani kaszka z mlekiem, a zajadane ze smakiem słodycze to wynik ciężkiej pracy całej rzeszy ludzi, którzy w fabryce uwijali się niczym mrówki. Tego pierwszego dnia Michała posadzono w dziale zajmującym się produkcją sezamków. Lubił sezamki. Twarde karmelowe tabliczki z ziarnami sezamowymi zawsze mu smakowały. Teraz przez osiem godzin siedział przy taśmie i rękoma obleczonymi w niebieskie rękawiczki obłamywał rogi sezamkowej płachty. Koleżanki i koledzy byli wprawdzie zdumieni, że robi to oburącz, ale jakoś wydawało mu się, że używanie jednej ręki zwalnia pracę. W hali produkcyjnej puszczano muzykę. Dla Michała obcą, ale ze zdumieniem stwierdzał, że wszyscy wokół znają teksty piosenek, których twórcy śpiewali: „Żono moja, serce moje, nie ma takich jak my dwoje” albo: „O, Małgorzato, co ty na to, żeby na lato kupić saturator”. Po jakimś czasie zaczął żałować, że nie wziął ze sobą zatyczek do uszu, bo piosenki zaczęły doprowadzać go do szału.
Michał już tego pierwszego dnia zorientował się, że lepiej koleżankom i kolegom z pracy nie mówić, że studiuje. Pomógł mu w tym Edzio, zezowaty dwudziestopięciolatek, który szybko powiedział, że będzie tu pracował, dopóki nie wygra w totka lub na automatach.
– A ty? – spytał Michała.
– Jeszcze nie wiem. Najpierw muszę zrobić licencjat.
– Jaki licencjat? – spytał Edzio. – Jak Bond? Na zabijanie?
– Raczej zawijanie – wyjaśniła Julia i sepleniąc, powiedziała, że do obsługi maszyny zawijającej cukierki potrzebne jest specjalne przeszkolenie. Michał dopiero po chwili zorientował się, że kobieta, która na pewno nie przekroczyła czterdziestego roku życia, kompletnie nie ma zębów.
Z rozmowy szybko wynikło, że poza nim nie ma w fabryce żadnego studenta. A wspólnych tematów z pracującymi tu ludźmi również prawie nie ma.
Gdy w niedzielny poranek o szóstej trzydzieści otworzył drzwi mieszkania, padł na łóżko bez mycia i rozbierania się. Przedramiona bolały go tak strasznie, że nie był w stanie nawet wymyć zębów. Zasnął niemal natychmiast, niezdarnie naciągając na siebie kołdrę. Gdy trzy godziny później mama zajrzała do pokoju i chciała go przykryć, wymamrotał przez sen:
– Jestem trup… – i ponownie zapadł w sen, w którym cały czas odłamywał boki w sezamkowych płachtach.